KSIAZKINACZACIE.PL
sobota, 12 października 2013

czyli „Juniper Berry i tajemnicze drzewo” M.P. Kozlowsky, wydawnictwo Esprit, stron 267, miękka oprawa.
(Tę książkę odkryłem dzięki blogowi „Królestwo książek”, gdzie znajdziecie sporo dobrych propozycji młodzieżowych. Dzięki.)
DRZEWA
Jako wielbiciel łażenia po drzewach, wspinania się jak najwyżej, albo zwykłego siedzenia na drzewie, zawsze zainteresuję się książkami, w których jednym z bohaterów jest drzewo. W wielkich drzewach jest coś tajemniczego, są bardzo stare, „widziały” dużo rzeczy, żyją i potrafią wyglądać jak stworzenia z innego świata – przeobrażają się o zmierzchu. I jest coś świetnego w siedzeniu na drzewie. Taka mini magia, bo dosłownie odrywamy się od ziemi (co dla ludzi nie jest przecież naturalne). Mam świra na punkcie drzew, niestety urosłem i nie mogę siedzieć na owocowych w naszym ogrodzie, bo ciągle coś łamię. A na kasztanowce mam zakaz wstępu, ale coś wymyślę.
POWIEŚĆ
Ale wracając do powieści. Jest bardzo dobrze napisana, czyta się ją szybko , nie jest bardzo długa, ale historia jest ciekawa. Moim zdaniem jej największą zaleta jest świetny klimat. To dzięki niemu czytelnik zostaje naprawdę wyrwany z własnego życia i przeniesiony do innego świata. Zostaje tam do ostatniej strony. A po przeczytaniu wpada się w dobry nastrój, choć książka bywa miejscami straszna.
Bohaterką książki jest 11-latka. Mieszka w wielkiej rezydencji i jest bardzo bogata, bo jej rodzice są znanymi aktorami. Mimo to czuje się samotna i nieszczęśliwa, bo nie ma towarzystwa, a rodzice są wiecznie zajęci i coraz gorzej się wobec niej zachowują. Całkiem jakby przestawali ją kochać. Podobne wnioski wobec swoich opiekunów ma pewien nieśmiały chłopak, Giles. To nie może być zbieg okoliczności. Pewnego dnia, Juniper wraz z Gilesem, odkrywają, że zachowanie dorosłych jest związane z mrocznym miejscem ukrytym między korzeniami dużego drzewa. Nie chce spoilerować, więc nie napiszę co dalej. Powiem Wam jednak, że odkrycie niebezpieczeństwa i uratowanie rodziców, to nie jedyny problem. Pojawia się bowiem pokusa realizacji własnych marzeń. Jak poradzą sobie z tym przyjaciele?
Okładka jest miękka, ale fajna. Jest na niej ilustracja, której tytuł książki jest częścią, co fajnie wygląda. Rysunek zrobił grafik znany ze Shreka i Madagaskaru. Część ilustracji jest polakierowana co daje ciekawy efekt. W środku znajdziecie kilka, czarnobiałych, całostronicowych ilustracji.
PS. Jeśli nie czujecie się przekonani, polecam świetną reklamę książki. Ma fajny klimat, zwróćcie uwagę na skrzypienie gałęzi na końcu filmiku:
http://www.youtube.com/watch?v=QY1rQNHLSvs

14:07, ksiazki.na.czacie , Powieści i serie
Link Dodaj komentarz »

czyli „Wielki grzmot. Biegunka” Wojciech Feleszko, ilustracje Ignacy Czwartos, wydawnictwo Hokus Pokus, 20,5x20,5x0,8cm, stron 31, twarda oprawa.
Ta książka (nie znam dwóch wcześniejszych części) przypomina mi trochę serial „Było sobie życie” i
jest to najwyższy komplement, bo naprawdę lubiłem te filmy. „Wielki grzmot” napisał lekarz pediatra immunolog (nie wiem dokładnie o co chodzi, ale jest to lekarz do którego chodzi się z problemami z odpornością, jak moja siostra z astmą na przykład), ale spokojnie mógłby być pisarzem dla dzieci, bo opisanie biegunki i wymiotów jako bitwy morskiej w brzuchu, uważam naprawdę za genialne. Wszystko zaczęło się, kiedy pupil Kajtka, Maurycy, przyniósł ze spaceru drobnoustroje – rotawirusy. Chłopiec pobawił się ze zwierzakiem, a potem poszedł zjeść śniadanie, bez mycia rąk. I wtedy właśnie banda drobnoustrojów, pod wodzą Największego Chojraka, dostała się do wnętrza Kajtka. Na biegunkę wcale długo nie trzeba było czekać. Na szczęście w brzuchu chłopca, znaleźli się wojownicy, którzy stawili czoła wrogiemu najazdowi. (Przy tekście przygody są ramki z dodatkowymi informacjami, ja je przeczytałem, ale Mama Klarze nie czytała, bo Kla by się znudziła). Jeśli przeczytacie książkę, będzie dokładnie wiedzieli co się dzieje w organizmie podczas tej choroby. Jak ją można leczyć, ale też jak zapobiegać. A jednocześnie nie będziecie znudzeni, bo jest opisana jak opowiadanie, a nie same lekarski ciekawostki. Powiem, że bezpośrednio po przeczytaniu „Wielkiego grzmotu”, od razu chce się człowiekowi umyć ręce. Potem trochę się znowu zapomina, ale zawsze można sobie przypomnieć. Również ilustracje są idealnie dopasowane do tematu, co ciekawe podobały się tak samo mnie jak i małej Klarze. Są naprawdę dopracowane i mają dużo szczegółów. Kojarzą mi się z komiksami.
Książka dostaje 6/7bomb.

niedziela, 29 września 2013

czyli „Zielnik. Warzywa” i „Zielnik. Drzewa i krzewy liściaste”, wydawnictwo Arkady, 64 strony, 29x20x1,2 cm, twarda oprawa, zamknięcie na gumkę.
Klara uczy się w przedszkolu o warzywach, to był chyba temat września. Więc Mama kupiła jej zielnik Warzywa, a jak zobaczyła jaki jest ładny, to kupiła też drzewa liściaste, chociaż najbardziej chciała iglaki, bo to jej ulubione drzewa, ale nie było.
Zielniki mają podobny układ. Na początku jest miejsce w którym można się podpisać i kilka stron podstawowych informacji o warzywach, czy prowadzeniu zielnika, suszeniu liści, itd.
Kolejne strony są już konkretnym zielnikiem, czyli jest dokładny rysunek warzywa, czy liścia, obok krótki opis, ciekawostki i miejsce, żeby wkleić swoje znaleziska. Klara zdecydowała, że w warzywach będzie rysowała na stronie do wklejenia, ale to tez fajny pomysł.
Myślę, że jak zielniki zostaną wypełnione, to wtedy przyda się właśnie zamknięcie na gumkę – bo nabiorą grubości i będzie pewnie trudno je zamykać. Na razie służą głownie do oglądania. Do zielnika z liśćmi drzew Mama wymyśliła dla Klary zabawę, że będzie „detektywem” śledzącym liście.
Zielniki polecam, bo są duże i bardzo ładne, niestety nie pokazują tego zdjęcia i musicie mi uwierzyć na słowo. Wrzuciłem na blog bo może przydadzą Wam się jesienią.


czyli „Narwańcy, uwodziciele, samotnicy. Atlas tych, co fruwają, skaczą i nurkują” Adrienne Barman, wydawnictwo Dwie Siostry, 19x26x2,4cm, 204 stron, oprawa twarda.
Lubię książki o zwierzętach, gdzieś nawet widziałem wcześniej informacje o tej, ale jakoś mnie nie zainteresowała. Na szczęście ją dostałem, bo inaczej ominęłaby mnie jedna z najładniejszych książek jakie mam.
Właściwie nie powinienem wiele o niej pisać, bo to książka obrazkowa. Są w niej tytuły działów i nazwy zwierzaków, czasem jakieś zdanie informacji i to wszystko. Nie liczyłem, ale podobno znajdziecie tu ponad 600 gatunków zwierząt podzielonych na 40 rodzin. I to jest w tej książce najlepsze, bo podział jest przeprowadzony pod kątem kolorów, wielkości, charakterów, wzorków, itd. Są to kompletnie szalone kryteria z których powstały równie szalone działy jak: pomidorowe, wyklęte, legendarne, o najdłuższym języku, spektakularni uwodziciele, nieodżałowane (mój ulubiony) itd. Ale od razu piszę, nie myślcie, że humor i nietypowy podział to jedyne wartości tego zbioru.
Przede wszystkim każda strona jest zarysowana i wypełniona kolorem, dowcipna i inna niż pozostałe. Każda ma jakiś pomysł, fajnie wygląda i przyjemnie się na nią patrzy. Książkę można oglądać wiele, wiele razy. Dla mnie najlepsze są miny zwierzaków, serio, tapir malajski zadzierający nosa, krwiożercza pójdźka z cieknąca śliną. To trzeba zobaczyć. A jednocześnie zwierzaki nie są karykaturami, tylko wyglądają tak, jak powinny.
Mama się ucieszyła, bo ma ściągę do rysowania dla Kla. Klara często pyta jak coś narysować, a Mama nie wie jak najprościej, i tu ma setki prostych rysunków zwierzaków, które można przerysować i jeszcze ładnie pokolorować.
Książka dostaje 7/7 bomb, wcale nie powiem, że jest tylko dla dzieciaków. Właściwie jest dla wszystkich. UWAGA! Książka do wielokrotnego użytku. Może poprawić humor.

czyli „Jezioro łabędzie” Bajki Baletowe, Katarzyna K. Gardzina, Tadeusz Rybicki, ilustracje Klaudia Polak-Szewczyk, wydawnictwo Studio Blok, 17x21x1,2cm, stron 62, twarda oprawa.
Bardzo zależało mi na tej serii książek z powodu Klary. Kla ma 4,5 roku i drugi rok chodzi na Baby balet. Nie jest to prawdziwy balet, tylko raczej takie zabawy i trochę gimnastyki, ale też trochę kroków baletowych. Kla się podoba, bo są fajne ciuchy, taniec no i ogólnie bardzo ciekawe zajęcia dla dziewczynek. A Mama zadowolona, bo Kla się rusza i poznaje balet. Z tego też powodu Mama kupuje jej chętnie książki o tym, jak dziewczynki tańczą.
Bajki baletowe to u nas pierwsza seria książek, nie o tańczących dziewczynkach, tylko przedstawiających prawdziwe opowieści z baletów. Nie wiem, ale wydaje mi się, że to chyba jedyna taka seria o balecie?
„Jezioro łabędzie”
opowiada historię młodego księcia Zygfryda, który zakochuje się w pięknej, zaklętej w łabędzia dziewczynie o imieniu Odetta. Niestety ich miłość skończyła się nieszczęśliwie. Klara bardzo ładnie wysłuchała opowieści, chociaż ta ma tragiczne zakończenie. Skorzystała też z niektórych dodatków w drugiej części książki (Bajki baletowe są przewidziane dla wieku 6-13 lat, więc na niektóre rzeczy Kla jest za mała). W drugiej części znajdziecie całe opracowanie o balecie. W rozdziale „O Jeziorze Łabędzim Piotra Czajkowskiego” opisano czym jest balet, choreografia, najsłynniejszy balet świata. Są też informacje o twórcach, słowniczek i pięć plansz z podstawowymi ustawieniami nóg i rak w balecie.
Czyli można powiedzieć, że ta nieduża książka jest w połowie podręcznikiem baletu. Ja się baletem nie interesuje wcale, ale książkę przeczytałem z zainteresowaniem, zwłaszcza część „podręcznikową”, bo naprawdę jest w niej wiele ciekawostek (przynajmniej dla kogoś, kto na balecie się kompletnie nie zna).
Dziewczyny są bardzo zadowolone z książki. Mama puszcza „Jezioro łabędzie” i bawi się przed lustrem z Kla w robienie pozycji baletowych. Czyta jej trochę informacji. Nie dużo, ale resztę przeczyta jak Klara będzie większa.
W serii ukazały się cztery książki. Jak dziewczyny przejdą do „Romea i Julii” to wam ja opiszę.

sobota, 14 września 2013

– Proszę, wejdź i wypij filiżankę herbaty – zdołał wyjąkać, nabrawszy tchu w pierś.
– Wolałbym małe piwo, jeśli ci to nie zrobi różnicy, zacny panie – rzekł siwobrody Balin. – Nie mam wszakże nic przeciw ciastu, zwłaszcza gdyby znalazł się kawałek placka z kminkiem.
– Znajdzie się niejeden! – Bilbo sam się zdziwił, słysząc swoją szybką odpowiedź, po czym, nie wiedząc kiedy i jak, skoczył do spiżarni po dwa piękne, krągłe placki, które upiekł wczesnym popołudniem, żeby mieć co przekąsić do poduszki.
(„Hobbit, czyli tam i z powrotem” J.R.R. Tolkien)  

Zgodnie z opisem powinien być placek, czyli ciasto. Ale jednocześnie coś do piwa. I to pojawiły się dwie przeszkody. Nie lubię kminku więc nie wyobrażam sobie go w cieście, a do piwa pasują słone przekąski jak uważa mój tata. No więc postanowiłem, że poszukam czegoś innego. I znalazłem przepis na słone, szwedzkie placki z kminkiem. Podobno kiedyś Szwedzi robili je jako coś w rodzaju chleba. Moim zdaniem wyglądem bardzo pasują do domu Hobbita. Przygotowanie jest proste, chociaż straszna była część z mieszaniem ciasta, które do wszystkiego się kleiło. A sprzątanie po gotowaniu to jakaś MAKABRA! Placki spotkały się z gorącym przyjęciem w naszym domu, Kla próbowała wyjeść większość :) Wszyscy uznali, że kminku mogło być spokojnie dwa razy więcej, chociaż wcale go nie lubimy. Oczywiście zamierzam też zrobić placek na słodko, ale dziś podaje Wam ten przepis, bo bardzo mi się spodobał efekt końcowy (samo gotowanie okazało się też raczej przyjemne).

PRZEPIS

12 g świeżych drożdży

250 ml ciepłej wody

1 łyżeczka soli

150 gramów mąki razowej żytniej

150 gramów mąki pszennej

po 1 łyżeczce kminku zmielonego, sezamu i lnu

Drożdże rozdrabniamy palcami do miski i mieszamy z małą częścią wody. Po 15 minutach dodajemy resztę wody i pozostałe składniki. Ja wcześniej rozgniotłem kminek. Wymieszaj, żeby trochę przestało się kleić. Potem musisz przełożyć ciasto do czystej miski, przykryć folią, np. reklamówka i odstawić na godzinę. Z ciasta zrób wałek i pokrój na 7-8 części. Możesz próbować wałkować na cienki placek, ja rozciągałem i formowałem zwyczajnie rękoma, bo do wałka się kleił. Placki podziurkuj widelcem, a w ich środku żeby było ciekawiej, wytnij kółko kieliszkiem. Wyłóż papierem do pieczenia blachę do pieczenia i piecz w 200 stopniach przez 10 minut. Jeśli masz spiżarnię, włóż tam koniecznie parę placków, w końcu nigdy nie wiadomo, kiedy odwiedzą cię krasnoludy.

18:12, ksiazki.na.czacie , Przepisy z książek
Link Komentarze (2) »

czyli „A gdzie tytuł” Herve Tullet, wydawnictwo Babaryba, 19,5x24,2x1,2cm, twarda oprawa.
Pisałem Wam o dwóch poprzednich książkach tego zupełnie zwariowanego autora – obie spodobały się całej naszej rodzinie a Kla do tej pory się z nich śmieje. Dziś przyszła pora na trzecią, nowość. Zastanawialiście się co robią postacie z książki, kiedy jest ona zamknięta? No to tu możecie zobaczyć. Już na pierwszej stronie dwójka bohaterów gra sobie w piłkę i nie zwraca uwagi na czytelników. Dopiero po przekręceniu kartki, niezbyt zadowolona księżniczka orientuje się, że książka została otwarta i mówi do świni „Hej, zobacz! Chyba ktoś teraz na nas patrzy…”. Potem razem zaczynają rozmawiać z czytelnikiem (w tym wypadku, rozmawiała z nimi Klara). Okazuje się, że postaci z książki (bo jest ich więcej) są nieprzygotowane do bajki, narysowane byle jak, trochę pomazane jakimiś notatkami, krzywo pokolorowane i niezbyt gościnne. Marudzą, że nikt ich nie uprzedził, że przyjdziemy (my, czytelnicy) i czy moglibyśmy przyjść później. Aż w końcu wołają autora i wtedy odwiedzamy samego Hreve Tullet’a – Klara strasznie waliła w drzwi na rysunku, żeby otworzył. Herve też jest zaskoczony i niezbyt zadowolony, co widać po zdjęciach jego min. Jednak pod naciskami szybko układa bajkę, którą rysuje już bardziej starannie.  Czy bajka jest jednak fajna i co się dzieje dalej, to już zobaczcie sami.
Jest to bardzo fajna, szalona książka interaktywna. Naprawdę można porozmawiać z jej bohaterami.
Klara była zachwycona i rozśmieszona. Strasznie się ucieszyła, kiedy w pracowni Tullet’a znalazła poprzednią książkę „Naciśnij mnie”. Oczywiście czytać trzeba jej było kilka razy, ale po pierwszych trzech, domagała się już nowych dialogów, więc Mama i Tata musieli podjąć się tego zdania. Ale tak samo było z poprzednimi książkami. Najpierw Klara robiła wszystko tak jak trzeba, a potem wymyślała swoją treść (pisałem Wam, że w książce „Naciśnij mnie” kropki zostały grupą przedszkolaków, a Kla ich panią nauczycielką).
Książka jest bardzo fajna na poprawienie humoru i spodoba się nawet tym dzieciom, które się przy
czytaniu nudzą. Wydaje mi się tez, że pomaga na rozwój wyobraźni. Naprawdę polecam.

wtorek, 10 września 2013

czyli „Magiczne tenisówki mojego przyjaciela Percy’ego” Ulf Stark, wydawnictwo Zakamarki, 15,x20x1,5cm, stron 129, oprawa twarda, 9+.
Pewnie dziewczynom też się spodoba, ale moim zdaniem to dobra książka dla trochę młodszych chłopaków. Zresztą widać to po tytule pierwszego rozdziału – sprawdźcie sami. Ja przeczytałem książkę bardzo szybko, bo a dużą czcionkę i jest naprawdę ciekawa i napisana w bardzo przyjemny sposób (choć nie ma w niej samych wesołych rzeczy). I uwaga: co do tytułu, to w książce nie ma czarów, ale to wcale nie jest wadą.
Główny bohater Ulf to lekko gruby chłopiec, który ma niedobrego, starszego brata i różne kłopoty. Szuka więc sposobu, żeby sobie z tym poradzić. Jest to grzeczny i spokojny chłopak, który poznaje w szkole Percy’ego – gościa, który jest pewny siebie, sprytny i wasi rodzice raczej by go nie polubili, bo jest „łobuzem” czyli po naszemu „świrem”. Czyli jak widzicie historia jest bardzo życiowa, bo każdy spotyka kiedyś w szkole takiego „Percy’ego” a niektórzy z nas nawet się z nim zaprzyjaźniają ;)
Chłopak postanawia wykupić za masę skarbów tytułowe tenisówki Percy’ego. Dlaczego? Bo kolega twierdzi, że mają one specjalną moc, która pomoże Ulfowi uporządkować swoje życie. I tak się dzieje, chociaż wraz z tenisówkami Ulf zyskuje to o czym marzył, ale też „skutki uboczne”. Jakie? Zobaczycie jak przeczytacie.
PS. ZDJĘCIE: Moje tenisówki jeszcze nie wyglądają jak „para podtopionych, zatęchłych szczurów”, ale dajcie mi chwilę, to dopiero początek roku szkolnego. A nie, moje tenisówki nie będą tak wyglądały, bo noga mi tak szybko rośnie, że nie daję rady zniszczyć żadnych butów. Zresztą podobno mam taką właściwość, że nie niszczę butów. Trudno, moje tenisówki nie mają szans być magiczne.

19:40, ksiazki.na.czacie , Powieści i serie
Link Dodaj komentarz »

„SZCZURY NA PATYKU, czyli co jedzą bohaterowie książek”.
Hej, witam Was w jesiennej akcji „Książek na czacie”. Piszę jesiennej, ale chciałbym, żeby to była akcja NA STAŁE. Może napiszemy razem książkę kulinarną? Może ją potem wydamy? Ale po kolei.
Kiedy czytam książkę, w której bohater coś je, albo widzi ucztę, albo jest w knajpie, to zawsze robię się głodny. W dodatku w książkach, często są bardzo nietypowe potrawy. Jak choćby „szczury na patyku” u Terrego Pratchetta.
Dlatego postanowiłem wyśledzić literackie potrawy i spróbować je przygotować, jednocześnie ucząc się gotować. Możecie się przyłączyć.
Co tydzień będę dodawał na blogu jedną literacką potrawę. A Wy możecie proponować swoje wyszukane w książkach jedzenie na Facebooku na „Książkach na czacie”, pod specjalnym wpisem. Z tych propozycji co tydzień wybiorę jedną, która – czy ją zrobię, czy nie – dostanie nagrodę.
Na pierwszych 10 tygodni akcji mam dla Was zestawy: 2 książki z serii „Apetyt na świat” + zakładka + karta + plakat, przygotowane przez wydawnictwo WIDNOKRĄG.
CO ZROBIĆ ŻEBY WZIĄĆ UDZIAŁ W AKCJI I DOSTAĆ KSIAŻKI?

1. Polubić fanpage FB Książki na czacie. 2. Udostępnić zdjęcie na własnej tablicy. 3. Pod tym wpisem podać potrawę z książki.
UWAGA! Może to być charakterystyczna potrawa, opis potrawy, lub cały przepis z książki dla dzieci, młodzieży lub uniwersalnej. Można wkleić cały cytat, lub tylko podać nazwę potrawy (ale musi być numer strony w książce na której potrawa jest opisana).
LOSOWANIE ZESTAWU ZE ZDJĘCIA W KAŻDY PIĄTEK. Każdy przepis bierze udział w losowaniu tylko raz.  Dziś właśnie rozpoczęliśmy drugi tydzień. ZAPRASZAM

19:32, ksiazki.na.czacie , Aleksy co u ciebie?
Link Dodaj komentarz »
piątek, 06 września 2013

czyli „Panna Kreseczka” Wanda Chotomska, wydawnictwo Muza, Bohdan Butenko, stron 64, twarda oprawa, bardzo ładne wydanie.
Wiedziałem, że to książka dla młodszych dzieci, ale od razu mnie zaciekawiła bo narysował ją Bohdan Butenko, trochę w formie prostych komiksów. Pisałem Wam, że byłem na warsztatach z panem Butenko i bardzo go polubiłem, bo on sam jest jak bohater książek dla dzieci, miły, zabawny, ma białe włosy i wygląda naprawdę jak z książki. Poza tym to on narysował „Gucia i Cezara” i „Kanapony” (o Kanaponach chyba też wam zaraz napiszę, bo to książka-legenda w naszym domu, a nie ma jej w sprzedaży, bo wyszła tylko raz).
Spodziewałem się, że „Panna Kreseczka” spodoba się mojej siostrze Klarze (lat 4,5). Wiedziałem, że sam z przyjemnością ją przeczytam i obejrzę. Byłem na sto procent pewny, że Mama będzie ją wąchać i prawie że tulić. Ale nie myślałem, że ucieszy się z niej Babcia, która jako mała dziewczynka czytała ją z resztą rodzeństwa w „Świerszczyku”. I wreszcie – nigdy bym nie przypuszczał, że Tata uzna ją za epokowe dzieło – stało się tak, ponieważ Klara siedziała przy „Pannie Kreseczce” jak zaczarowana, co rzadko jej się zdarza, zazwyczaj nudzi się po 2, 3 rozdziałach. Mogę tylko przypuszczać, że gdyby nasz pies Foster umiał czytać, też by mu się podobało.
Co to za wyjątkowa książka? Bardzo prosta ponieważ jej bohaterka Panna Kreseczka to rysunek z kilku kresek dziewczynki, którą ktoś narysował na płocie. Panna Kreseczka bardzo się nudziła na płocie, więc wskoczyła na plecy przechodniowi i wyruszyła w świat. Spotkało ją w nim wiele przygód, a każda bardzo ładnie opisana wierszem. Ale taki wierszem nie poetyckim, tylko zabawnym, pewnym akcji i zaskakujących pomysłów. Są tu różne pory roku, miejsca, ludzie. Rysunki proste i kolorowe jakby dziecko rysowało, ale jednak nie do końca. Jak zastanawiałem się dlaczego Panna Kreseczka jest fajna mimo swoich 55 lat, to wydaje mi się, że chodzi o to, że jest w stu procentach przyjazna, a jednocześnie nawet w jednym procencie nie przesłodzona.
Nie oceniam książek dla młodszych dzieci, ale już wiem, że ta znajdzie się w moim zestawieniu 10 hitów 2013 roku.
UWAGA!
Doczytałem w liście, że książka powstała przy współpracy z Muzeum Książki Dziecięcej i wydawnictwa Muza. I jest to początek serii, w której zostaną wydane inne stare książki dla dzieci. Spodziewam się, że będą to naprawdę wyjątkowe książki.

ZDJĘCIE: Na zdjęciu jest ukochana przyjaciółka Kla, Kos – maskotka z prawdziwym głosem kosa (ma nawet gwarancję ornitologiczną), a w jednej przygodzie Panny Kreseczki występuje właśnie kos, więc Klara jest bardzo zadowolona, a jej Kos (właściwie Panna Kosowska, poważnie) lubi czytać ten fragment.

| < Czerwiec 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
      1 2 3 4
5 6 7 8 9 10 11
12 13 14 15 16 17 18
19 20 21 22 23 24 25
26 27 28 29 30    

MOJE NAJNOWSZE VIDEO RECENZJE ZNAJDZIESZ TEŻ TUTAJ

Xiegarnia.pl